Piotr Stańko: Widzę nas w top 30 rankingu HLTV

Cofnij

O kulisach powstania Codewise Unicorns, karierze zawodowca, rozwoju branży, pracy trenerskiej i widokach na przyszłość zespołu opowiada Piotr „Pitrek” Stańko, jeden z ojców założycieli naszej ekipy. Zapraszamy do lektury!

Zacznijmy od początku: jak trafiłeś do Unicornsów?

– Cały projekt zaczął funkcjonować w mojej wyobraźni zaraz po tym, jak moja siostra znalazła pracę w firmie Codewise na stanowisku account managera. Któregoś dnia opowiedziała mi o tym, że co piątek część pracowników grywa na specjalnych gamingowych laptopach w CS:GO. Jakby tego było mało – mają swoją mapę: de_codewise. Kilka dni później, dzięki contentowi na YouTube, byłem już zaznajomiony z kształtem firmy i osobą Roberta Gryna. Spodobało mi się to, że otwarcie mówi o tym, ile zawdzięcza swojej dawnej pasji do counter-strike’a.

To było w 2017 roku. Od dawna nie grałeś już wtedy zawodowo?

– Ponad dziesięć lat! W zasadzie myślałem, że temat profesjonalnego e-sportu w moim życiu już raczej nie wróci do łask. Byłem świadomy tego, że mam nikłe szanse, by nadgonić młodych obiecujących graczy, pomijając już sam fakt, że w wieku 29 lat dalsze inwestowanie w powrót do poziomu pro stałoby się najprawdopodobniej nieopłacalnym ryzykiem.

Ale w CS:GO grałeś?

– Tak, oczywiście. Mniej więcej półtora roku wcześniej odpaliłem go po raz pierwszy. Byłem mocno emocjonalnie zaangażowany w temat grania, ale tak jak mówiłem, zdawałem sobie sprawę z tego, że zawodowcem już nie zostanę. I tu chciałbym bardzo podziękować Januszowi Kubskiemu. Podczas kilku spotkań opowiedziałem mu o próbie powrotu do gry oraz o tym, że mam na oku kilku bardzo skillowych młodych graczy, którzy w moim mniemaniu mają potencjał, by grać na poziomie topki polskich zespołów. Jak się później okazało, kiedy ja głowiłem się, jak zainteresować firmę Codewise moją wizją stworzenia zespołu, „Hayabusa” wskazał mnie braciom Gryn, którzy mieli zaplecze, by zainteresować się takim projektem. Kilka dni później zadzwonił do mnie Alex i zaprosił na spotkanie w tej sprawie. Zbierając szczękę z podłogi pomyślałem sobie: cholera, przecież to nie może być przypadek!

I tak zostałeś pierwszym trenerem Unicornsów. A jaka jest twoja obecna rola w zespole? Czym się aktualnie zajmujesz, kiedy obowiązki związane z prowadzeniem drużyny przejął Damian „MdN” Kisielewski?

– Obecnie moim głównym zadaniem stało się uruchomienie i poprowadzenie pierwszego w Krakowie gaming house’u, który nazywać się będzie SkillUP. Poza tym wciąż jestem blisko chłopaków i wspieram „MdN-a”. Cieszę się, kiedy słyszę, że drużyna mnie potrzebuje – czy to w przypadku analizy naszego meczu, analizy gry przeciwnika czy innych sprawach, chociażby związanych z ustawianiem harmonogramu spotkań z przedstawicielami innych drużyn lub organizatorami turniejów. Chociaż obowiązki mam już inne, nadal przeżywam nasze potyczki z emocjami, które towarzyszą pozycji stricte trenerskiej.

Jak wspominasz tamtą pracę?

– Ta rola, bez względu na to, czy grałeś kiedyś u boku legend polskiej sceny czy nie, to nie lada wyzwanie. Musisz być mentorem dla zawodników, mieć optymalny patent na prowadzenie gry i wyznaczać kierunek rozwoju, nie tylko dla teamu, ale też dla każdej cennej indywidualności. Wierz mi, że z perspektywy dawnego gracza, zaangażowanie emocjonalne w trakcie spotkań bywa większe, niż u piątki graczy fragujących na serwerze. Poza tym, kiedy masz bardzo młodych zawodników, musisz uczyć ich dorosłego podejścia do spraw, stajesz się buforem między zarządem, trzymającym całą organizację w ryzach, a samymi graczami, którzy mają wypracować jak najlepszy wynik podczas rozgrywek.

Masz jakieś uniwersalne wskazówki dla innych trenerów?

– Przede wszystkim musisz się uzbroić w cierpliwość, bo czeka cię nieustanna sinusoida wyników. Stawiaj cele jasno, poznaj swoich zawodników i wspieraj ich nie tylko w kwestiach związanych z grą. Zachowaj chłodny ogląd sytuacji, ustal granice między przyjaźnią w zespole, w mojej ocenie niezbędną, a waszymi formalnymi rolami. Przygotuj siebie i zespół na odbiór konstruktywniej krytyki, bez tego czeka was zagłaskiwanie problemów i brak rozwoju. Pamiętaj wreszcie, że porażka przestaje nią być, jeśli umiesz wyciągnąć z niej jakąkolwiek trafną lekcję.

Budowałeś zespół od podstaw, sięgając po nieznane twarze. Dlaczego?

– Sięgnęliśmy po nieznane większości twarze, żeby dać przykład innym i pokazać, że mamy na scenie spory potencjał i warto go wykorzystać. Daliśmy tym samym nadzieję dziesiątkom, a może i setkom młodych, utalentowanych graczy, że przy odrobinie szczęścia i umiejętnym zaprezentowaniu swoich możliwości, marzenia o profesjonalnym graniu mogą się spełnić. Play hard, go pro – te słowa nie są wyssane z palca.

Jak zostać zawodowcem?

– Żeby w ogóle o tym myśleć, trzeba być wybitnie dobrym graczem, tak samo jak w tradycyjnym sporcie. W sporcie i e-sporcie bardzo liczy się serce do walki, skromność, pokora, cierpliwość i poczucie, że dysponujesz odkrywanym każdego dnia ogromnym potencjałem. Nie warto rozpraszać się pieniędzmi, ilością lajków i presją z zewnątrz. W ostatecznym rozrachunku musisz umieć sobą zarządzać, by postawić na ścieżce e-sportowej odpowiednie kroki. Cała reszt to okoliczności, na które nie masz pełnego wpływu.

Co radzisz młodym graczom?

– Wiara, ciężka praca, radość z dążenia do nawet małych celów – to jest recepta na sukces. Pamiętajcie przy tym, że świat wirtualny, chociaż wabi i pozwala na zrobienie realnej kariery, niektórych potrafi wciągnąć zbyt mocno. Dbajcie zatem o balans pomiędzy czasem spędzonym przed ekranami i poza nimi. Za dużo komputera zwyczajnie szkodzi.

Jesteś związany z branżą gamingową od kilkunastu lat. Jak oceniasz zachodzące w niej zmiany?

– Wystarczy zobaczyć z bliska IEM Katowice czy PGL Kraków, żeby z gęsią skórką stwierdzić, że zmiany są pokaźne, a poparcie ludu dla branży wzrosło wielokrotnie. Cieszy mnie fakt, że topowe drużyny pokazują całej reszcie, że dbanie o zrównoważony rozwój zawodników i pracowników to podstawa. Wiadomo, że małe – krótkoterminowe – cele są niezbędne, ale bez długofalowego podejścia realny sukces jest mało prawdopodobny.

Twoje spojrzenie na dalszy rozwój branży?

– Technologia tak galopuje do przodu, że nie sposób wyobrazić sobie jakieś nagłe spowolnienie rozwoju branży e-sportowej. Myślę, chociaż tego akurat bym nie chciał, że czeka nas sytuacja, w której sport elektroniczny dogoni swoją skalą tradycyjny, a nawet go przebije. Wolałbym, żeby jedno z drugim szło w parze, a sport stanowił nieodłączny element życia każdego gamera.

A gdzie za kilka lat widzisz Unicornsów?

– Życzę naszej dywizji CS:GO zdobycia mistrza świata lub chociaż realnej walki o tytuł tej rangi. Przed nami daleka droga, ale wiem z doświadczenia, że odpowiednia postawa i marzenia poparte akcją ukierunkowaną na konkretny cel sprawiają, że cel staje się realny. Za kilka lat widzę zespół przynajmniej w top 30 rankingu HLTV, podróżujący po całym globie i walczący o najwyższe laury.

„Pitrek”, porozmawialiśmy o zespole i branży, na koniec skupmy się na twojej skromnej osobie, bo może nie wszyscy młodsi gracze i fani znają twoje e-sportowe CV. Z czego jesteś dumny, kiedy wspominasz swoje granie?

– Na pewno jestem dumny z tego, że  w latach 2003-2004 udało mi się wejść do piątki najlepszych polskich graczy. Jestem dumny, że dane mi było reprezentować barwy narodowe na olimpiadzie e-sportowej w Seulu. Jestem dumny, że tacy ludzie jak Neo, TaZ, Luq czy zibi widzieli we mnie wsparcie dla drużyny. Jestem szczęśliwy, że przeżyłem wielką przygodę wraz z najlepszym kumplem ze szkolnej ławki Markiem ‘mirri’ Radeckim. Ogromnie się cieszę, że nadal działam w e-sporcie. Jeśli chłopaki, którzy współtworzą Codewise Unicorns osiągną międzynarodowy sukces, będę szczęśliwy, że dołożyłem do tego swoją cegiełkę.

Nie brakuje ci grania pro?

– Szczerze? Trochę brakuje. Czasami wręcz bardzo. Skończyłem przygodę progamera mając niespełna 17 lat. Chwilę później Team Pentagram, który opuściłem z własnej woli, wygrał WCG sięgając po tytuł mistrza świata. Przyznam, że byłem wówczas zły na siebie. W miejsce CS’a wszedł jednak biketrial, wróciłem do zwyczajnego życia typowego nastolatka. Miało to szereg plusów. Nawet jeśli wielu z was wyda się to dziwne, bo być może mogłem osiągnąć dużo więcej w counter-strike’u, finalnie nie żałuję tamtej decyzji. Czasem, poza chłodną kalkulacją, zwyczajnie trzeba posłuchać tego, co dyktuje ci serce. I to wcale nie jest głupie. Byłoby głupim, gdybyś tego kiedykolwiek żałował.